niedziela, 25 marca 2018

Multikulturowe "Hosanna" w Teatrze Rampa [RECENZJA]

Miesiąc przed świętami wielkanocnymi to czas, gdy wydaje się, iż pozycją obowiązkową każdego fana musicalu jest rock opera "Jesus Christ Superstar": choć niekonwencjonalna, to jednak jest to historia męki Chrystusa, która budzi ogromne emocje i przekazuje ponadczasowe wartości. Do tego ukazanie jej w kontekście współczesnej i bliskiej nam kultury głęboko uświadamia, że Jezus był - jak podaje Biblia - "doświadczony we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu" (Hbr 4,15). Mamy tu bowiem człowieka, którym miotają skrajne emocje, który doświadcza miłości, który cierpi, gdy opuszczają go przyjaciele... A gdy dodamy do tego elektryzującą muzykę Andrew Lloyda Webbera, możemy być pewni, że nikt nie przejdzie obok tego dzieła obojętnie.
   Obecnie najmłodszą polską inscenizacją tego słynnego musicalu jest produkcja wystawiana w Teatrze Rampa na Targówku. Przed jej premierą mówiło się o powstawaniu wersji koncertowej, jednak w trakcie prób produkcja rozrosła się i przybrała kształt pełnowymiarowego spektaklu... Nie da się jednak ukryć, że pewne elementy koncertowe zachowały się między wierszami. Z jednej strony jest to nieco rozpraszające, z drugiej jednak, gdy uświadomimy sobie, jak ogromną sławą otoczony był w swoich czasach Jezus, takie skojarzenie z estradą i występującą na niej gwiazdą wydaje się w pełni uzasadnione. Mamy więc musical, który jest koncertem, czy też koncert, który stał się musicalem... Co z tego właściwie wyszło?
   Jednym z pierwszych pytań, które budzą się w trakcie oglądania spektaklu jest to, czy twórcy faktycznie postanowili trzymać się konwencji religijnej. Mamy tu co prawda szereg elementów budzących bezpośrednie skojarzenia z chrześcijaństwem, od wielkiego, znajdującego się cały czas na scenie krzyża, przez białe wstęgi symbolizujące życie, po zapach kadzidła. Jednak inscenizacja Teatru Rampa sięga również do wielu innych kultur, które nadają przedstawieniu nieco mroczny, a czasem wręcz psychodeliczny charakter. Wystarczy wspomnieć, że wchodzący na widownię ludzie zostają przywitani przez zakapturzone postacie, w trakcie spektaklu po scenie i w przejściach między rzędami przechadza się ubrana na biało kobieta przywodząca na myśl starożytną, grecką Mojrę, a kapłanki Kajfasza zdają się mieć nadprzyrodzone moce (świadczy o tym przede wszystkim scena aresztowania Jezusa, w trakcie której kobiety łamią pałki apostołów przy pomocy telekinezy). Nie brakuje tu też elementów współczesnych, jak choćby stylizacji Króla Heroda na Jacka Wójcickiego. Ten miszmasz momentami utrudnia odbiór spektaklu, ponieważ ciężko tu odnaleźć jedną, przewodnią myśl, za którą podąża się od początku do końca. Jednak należy bezwzględnie przyznać, że tajemnicza, nieco świątynna atmosfera panująca nie tylko na scenie, ale i na całej widowni, jest doświadczeniem, które naprawdę rzadko można spotkać w teatrze.
   Ogromną częścią wystawianego w teatrze na Targówku "Jesus Christ Superstar" jest taniec; właściwie wydawać by się mogło, że żadna scena tego spektaklu nie może obejść się bez wymagających choreografii. Ich twórca, Santiago Bello, sięgnął w swojej pracy nie tylko do znanych, uniwersalnych figur, ale szukał inspiracji wszędzie (łącznie z językiem migowym, który został "zatańczony" w trakcie utworu "Mów, co jest"), i choć oglądało się to wspaniale, w pewnym momencie zaczynało się odczuwać przesyt. W gatunku, jakim jest musical, bardzo ważne jest, aby utrzymać równowagę między trzema składnikami: tańcem, śpiewem i grą aktorską, i choć w przypadku rock opery warstwy aktorskiej jest jednak trochę mniej, to jednak tym razem natłok muzyki, obecnej zarówno dla zmysłu słuchu, jak i wzroku, jedynie spotęgował wrażenie tworu, który nie jest ani koncertem, ani spektaklem muzycznym. Być może to wrażenie nie byłoby tak duże, gdyby nie minimalistyczna scenografia oraz mała scena, którą zmniejszono sobie jeszcze przez ustawienie na niej orkiestry. Niemniej klimat wielu kultur, który jest niewątpliwie największym zaskoczeniem dzieła (a dla wielu odbiorców niewątpliwie jego największym atutem) został tu utrzymany od początku do końca. Scenografia Doroty Sabak oraz choreografie Santiago Bello, mają w tym swój duży udział.
   Przechodząc do obsady, niezwykle trudno jest ocenić ogólny stan zespołu, ponieważ jest on tak samo zróżnicowany, jak występujące tu konwencje. I choć dominuje tu warstwa rozrywkowa z małą domieszką rocka, bardzo często można usłyszeć w tłumie operowy głos Pauliny Janczak, który, pomimo (a może właśnie z powodu) swojego niezwykłego, mocnego brzmienia, momentami tworzy wrażenie lekkiej dysharmonii. Wokalnie nie pasuje tu również Paweł Tucholski; miał on, co trzeba przyznać, zadanie niezwykle trudne, ponieważ kreował postać mrocznego arcykapłana, Kajfasza. Jest to rola, która wymaga mocnego, głębokiego basu, gdyż w innym przypadku staje się blada, a jej obecność wydaje się zupełnie niepotrzebna. Tymczasem w pierwotnym zamiarze twórców jest to główny antagonista musicalu, który dąży do zgładzenia Jezusa i ponieważ pojawia się w zaledwie kilku scenach, te kilka scen należy wykorzystać do maksimum. Paweł Tucholski, którego możliwości wokalne nie pozwalają na przeskoczenie tej wysoko postawionej poprzeczki, stara się uzupełnić kreację szeregiem gestów, co jednak nie wypada zbyt szczęśliwie.
   Dobrze przygotowaną rolą może pochwalić się Maciej Nerkowski, czyli Poncjusz Piłat, który nie tylko zaprezentował się dobrze zarówno wokalnie, jak i aktorsko, ale przede wszystkim zmusił widza do refleksji: czy jego postać faktycznie była bezwzględnym sędzią Chrystusa, czy może raczej ofiarą wzburzonego tłumu? Ogromnym sukcesem tej inscenizacji można nazwać również Przemysława Niedzielskiego, który brawurowo wcielił się w postać Szymona Zeloty. Ten młody artysta bezbłędnie poradził sobie nie tylko z trudnymi partiami wokalnymi i energetycznym tańcem, ale również udowodnił, że doskonale potrafi oddać temperament wojowniczego apostoła. Podobną energią może pochwalić się Maciej Pawlak, odtwórca roli Piotra. Pomimo, że na pierwszym planie jest on widoczny w zaledwie dwóch scenach, jego autorytet najważniejszego apostoła był wyczuwalny przez cały spektakl. Nawet pomimo ogromnej i wyczuwalnej wrażliwości artysty, którą charakteryzują się także inne jego wcielenia sceniczne.
   Jedną z niewielu ról kobiecych tego musicalu, czyli Marię Magdalenę, stworzyła Natalia Piotrowska. Jest to kreacja, w którą nie do końca udaje mi się uwierzyć. Co prawda, wokalnie nie można jej wiele zarzucić, jednak niezwykle trudno jest zobaczyć w tej postaci prostytutkę, która pod wpływem nauki Chrystusa nawraca się i dołącza do jego szeregów. Maria Natalii Piotrowskiej przypomina raczej młodą, niewinną dziewczynę, która przeżywa swoją pierwszą miłość. Podobną płytkość kreacji można zarzucić, niestety, odtwórcy głównej roli, czyli Jakubowi Wocialowi. Choć jego umiejętności wokalne są naprawdę zachwycające, chłód i dystans, które biją z tego artysty, nie pozwalają zbliżyć się do Jezusa i przeżyć z nim ostatnich dni jego życia. Jakub Wocial jak nikt w tym spektaklu wydaje się pasować do formy koncertowej, gdzie liczy się przede wszystkim piękny głos oraz indywidualność artysty. Bardzo odczuwalna jest jego zabawa partiami wokalnymi, które nie tylko stają się pozbawione przesłania, ale również przestają przypominać kultowe songi Andrew Lloyda Webbera. W tej inscenizacji widz czuje o wiele większą bliskość z Judaszem kreowanym przez Sebastiana Machalskiego. Choć tej postaci nie zaszkodziłaby odrobina buntu, Judasz Machalskiego angażuje swoją historią i zachwyca pięknym głosem. Jest to jedna z naprawdę niewielu kreacji, za którymi chce się podążać i, pomimo, że finał tej historii jest wszystkim dobrze znany, cały czas ma się nadzieję, że wszystko potoczy się inaczej.
   Jedną z boleśniejszych kwestii polskich inscenizacji rock opery "Jesus Christ Superstar" jest przekład Wojciecha Młynarskiego i Piotra Szymanowskiego. Język poetycko-biblijny z elementami potocznymi nie sprawdza się zbyt dobrze w konwencji rockowej, która wymaga przede wszystkim zamknięcia dużej ilości treści w bardzo małych fragmentach tekstu. Na szczęście, w przypadku wystawienia w Teatrze Rampa, artystom udaje się zamienić nadmiar archaizmów oraz niezrozumiałe wersy w coś, co brzmi o wiele lepiej na scenie teatralnej.
   Gdy poskłada się do kupy wszystkie elementy tego dziwnego widowiska, można zupełnie zatracić granicę między koncertem a rock operą. Znając wcześniejsze produkcje Teatru Rampa, choćby słynny musical Jonathana Larsona "Rent", czy autorski projekt z muzyką zespołu Queen, "Rapsodia z demonem", można być zarówno pozytywnie zaskoczonym, jak i lekko zawiedzionym. Żadna z wcześniejszych produkcji nie ingerowała tak bardzo we wszystkie zmysły widzów, skupiając się raczej na fabule i ograniczając choreografię, dlatego nowatorskie rozwiązania w spektaklu "Jesus Christ Superstar", przede wszystkim zapach kadzidła i spacerujące po widowni Przeznaczenie, mogą zapewniać niezapomniane przeżycia. Z drugiej strony, wcześniejsze wizerunki sceniczne takich artystów, jak Jakub Wocial (dowcipny i wrażliwy Mark w musicalu "Rent"), czy Natalia Piotrowska (drapieżna Idalia w "Rapsodii z Demonem") każą spodziewać się o wiele głębszych i lepiej przemyślanych kreacji. Tymczasem część z nich wydaje się tak niepełna, jak niepełna jest historia Zbawienia, urwana w momencie śmierci Jezusa. Czy chodzi tu zatem o niedosyt i prowokację do refleksji? To już chyba zależy od tego, z czym każdy widz przychodzi na ten spektakl i co chce zabrać ze sobą do domu.

2 komentarze:

  1. Mała korekta: Wocial nie reżyserował ani Rent, ani Rapsodii z Demonem.

    OdpowiedzUsuń

Popularne posty