sobota, 3 października 2020

Musical vs. oryginał: "Zakonnica w przebraniu"

Po dwóch wizytach w Teatrze Rozrywki na "Zakonnicy w przebraniu" przyszedł czas na poznanie historii Deloris van Cartier w jej oryginale filmowym. Poznawanie pierwowzoru ulubionego musicalu i odkrywanie nowych twarzy moich ulubionych postaci zawsze jest dla mnie genialną zabawą - zwłaszcza, jeśli musical nie jest odwzorowany jeden do jednego. Dopisanie piosenek do tego, co już raz zostało opowiedziane, bez odniesienia do współczesnej kultury i bez puszczenia wodzy wyobraźni jest, umówmy się, trochę nudne... Odkopanie starej historii i zamienienie jej w musical to coś dużo więcej: spojrzenie na opowieść z perspektywy czasu i wydobycie z niej tego, na co zabrakło miejsca pierwszym twórcom. Każda historia opowiedziana od nowa otrzymuje coś nowego, coś świeżego... Tym bardziej cieszę się, że pomiędzy musicalową "Zakonnicą" w reżyserii Michała Znanieckiego a filmem z Whoopi Goldberg z 1992 roku tych różnic trochę się pojawiło, i choć nie mają one większego znaczenia w kontekście głównej historii, to jednak pozwalają ujrzeć wiele wątków w zupełnie nowym świetle.



    Zapraszam do lektury mojego zestawienia musicalu z filmem! A ponieważ część omawianych przeze mnie wątków zawiera spoilery, są one opisane i znajdują się na samym dole, aby nie psuć radości z oglądania spektaklu czy filmu osobom, które ich jeszcze nie widziały. ;)

Nazwisko Deloris


    Jest to drobna różnica, a właściwie ciekawostka: w pierwszej scenie w filmie, w której widzimy młodziutką Deloris w Akademii Świętej Anny, siostra nauczycielka zwraca się do niej "Deloris Wilson". W dalszej części filmu mamy już "Deloris van Cartier", podobnie, jak w musicalu. Z tym, że w musicalu nazwiskiem "van Cartier" nazywa Deloris osoba, która znała ją ze szkoły. Możemy zatem przypuszczać, że w filmie piosenkarka posługiwała się pseudonimem lub była wcześniej mężatką - ale nie jest to wyjaśnione i w zasadzie nie ma większego znaczenia.

Miejsce akcji


    Jest to jeden z tych elementów obydwu dzieł, które pochodzą z kompletnie różnych parafii. Pierwotnie były to okolice zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, najpierw Reno w stanie Nevada, gdzie mieszkała Deloris, a następnie klasztor karmelitanek pod wezwaniem św. Katarzyny w San Francisco (które znajduje się w sąsiednim stanie Kalifornia). Natomiast akcja musicalu przenosi się na wschodnie wybrzeże, do Filadelfii - jest to miasto znajdujące się dokładnie pomiędzy Nowym Jorkiem a Waszyngtonem. Tam żyła główna bohaterka i tam znajdował się klasztor pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Aniołów.  

Dwa oblicza kochanka-mordercy


    Tworząc analizę porównawczą, raczej trudno jest posługiwać się jednym nazwiskiem tej postaci, ponieważ w każdej z tych odsłon historii nosił on inne: w filmie kochanek Deloris nazywał się Vince LaRocca, zaś w musicalu znany był jako Curtis Jackson. A to dopiero początek różnic.
    Vince LaRocca był właścicielem kasyna w Reno, w którym występowała Deloris. W toku akcji poznajemy z grubsza jego kryminalną kartotekę i dowiadujemy się, iż ma on na swoich usługach zapewne sporą grupę osób, sprawujących różne ważne urzędy. Na co dzień ma obok siebie dwóch - Joego i Willy'ego, z których pomocą usuwa niewygodnych świadków. A w tym wszystkim pozostaje osobą głęboko wierzącą: chodzi do spowiedzi, przesyła hojne datki na Kościół oraz przejawia duży respekt przed sutanną i habitem. 
    A teraz poznajcie Curtisa Jacksona. Choć musical raczej skąpo opisuje jego mroczne poczynania, otrzymujemy w zamian znacznie bardziej, niż w filmie, krwisty wizerunek postaci: cyniczny, chłodny i kompletnie pozbawiony skrupułów. W spektaklu nie pada ani słowo o handlu narkotykami, a mimo to patrząc na Curtisa, jesteśmy gotowi uwierzyć w każdy grzech i każdą zbrodnię, które mogłyby wydarzyć się z jego winy. Oprócz tego mrocznego bossa w garniturze mamy również czwórkę jego bliskich współpracowników - a w zasadzie trójkę, jeśli odliczyć Erniego, który bardzo szybko ponosi konsekwencje swojej wizyty na komendzie. 
    Każde z tych dwóch rozwiązań fajnie wygląda w swojej konwencji, choć dla mnie osobiście lepszy jest ten musicalowy - jest zdecydowanie bardziej wyrazisty i skonstruowany z większą ilością szczegółów. Amerykańska naiwność, z jaką zostali przedstawieni ludzie Vince'a, to jednak zdecydowanie nie mój typ humoru.
 

Tryb życia zakonnic w klasztorze


    Myślę, że musicalowa Deloris, choć znajdowała się w zdecydowanie niekomfortowej dla siebie sytuacji, nie miała aż tylu powodów do narzekań, co Deloris filmowa. Na scenie widzimy nieudolne próby podporządkowania piosenkarki regułom życia zakonnego, i to jest w zasadzie największy problem... Tymczasem w filmie gwiazda musi szorować podłogi, polerować ławki w kościele, pielić grządki, zajmować się robótkami ręcznymi i zapewne robić jeszcze milion innych rzeczy, na które wcale nie ma ochoty. W tej sytuacji Deloris z musicalu, która miała wychodzić z celi jedynie na posiłki, mogła właściwie traktować zamknięcie w klasztorze jak wakacje. 
    Patrząc z tej perspektywy, myślę, że naprawdę niewiele brakowało, aby Deloris była w musicalu mocno niedopracowana... Na szczęście, ta postać ma wyraźne ADHD oraz pociąg do alkoholu, zabawy i skąpych ciuszków. Trudno nie uwierzyć, że sam fakt bycia w miejscu zdominowanym przez surowe zasady jest dla niej nie do zniesienia.

Kontekst szkoły katolickiej


    Oczywiście, w musicalu jest wspomniane co najmniej dwa razy, że Deloris była uczennicą sióstr katolickich. Jednak ja, po obejrzeniu pierwszej sceny w filmie, nagle spojrzałam na całą tę postać zupełnie inaczej. Dziewczynka z filmu, która szukała uwagi i wyłamywała się z reguł, narażała się na surowe spojrzenia i przykre uwagi od sióstr. Tak więc później, gdy stanęła przed surowym obliczem Matki Przełożonej, musiała przeżyć bardzo trudny powrót do przeszłości.
    Uważam, że musical wystarczająco ukazuje przeszłość Deloris i nie ma nic, co należałoby dodać. Przede wszystkim dlatego, że kompletnie nie sprawdziłoby się to na scenie, gdzie możliwości są ograniczone. Ale jednak cieszę się, że uzupełniłam sobie moją wizję musicalu obejrzeniem filmu - dzięki temu pod maską twardej, niezależnej baby, zobaczyłam kogoś, kto nosi w sobie żal i nie chce wracać do tego, co było złe.


Od tego momentu zaczynają się spoilery. Jeśli jeszcze nie znasz "Zakonnicy w przebraniu" i nie chcesz sobie psuć niespodzianki, zjedź na sam dół, aby przeczytać podsumowanie.


Eddie Sauther


    Jedna z najciekawszych postaci musicalowych początkowo była kimś zupełnie innym. Oryginalny Eddie Sauther to typowy amerykański glina, ani zbyt nieśmiały, ani zbyt pewny siebie, którego w dodatku wcześniej nic nie łączyło z Deloris. To opiekun głównej bohaterki, bardzo profesjonalny i zaangażowany w swoje zadanie. Bardzo polubiłam takiego Eddiego, jednak nie zmienia to faktu, że gdybym miała wybierać, bez wahania wskazałabym kreację musicalową. 
    Zacznijmy od tego, że musicalowi Eddie i Deloris znają się z liceum. Przypadkowo spotykają się po latach, gdy Deloris wbiega na komendę, aby opowiedzieć o morderstwie, którego była świadkiem. W tym momencie dowiadujemy się dwóch kluczowych rzeczy: że policjant w czasach szkolnych był zakochany w koleżance, i że ze względu na to, iż na jej widok zaczynał się jąkać i gęsto pocić, był przez nią nazywany "Mokrym Eddiem".
    Musicalowemu Eddiemu zdecydowanie brakowało zimnej krwi i zaradności swojego filmowego pierwowzoru. Przynajmniej na początku, ponieważ postać ta przechodzi dużą przemianę, a finalnie zdobywa swoją szkolną miłość. W takiej odsłonie jest to prawdziwa ozdoba tej historii.

Maria Robert


    Kolejna z postaci, która otrzymała zupełnie nowe życie. Na ekranie widzieliśmy młodziutką zakonnicę, zapewne nowicjuszkę, która jednak podjęła świadomą decyzję o poświęceniu życia Bogu, choć czuła się nieco bardziej niepokorna od swoich sióstr. Z kolei Maria Robert w musicalu była podrzutkiem wychowanym w murach klasztoru. Sprawowała funkcję postulantki, czyli niewyświęconej kobiety, która dopiero rozważa złożenie pierwszych ślubów. 
    Pomimo, iż obie Marie Robert są do siebie bardzo podobne, to cel ich drogi jest zupełnie inny. Wersja sceniczna wprowadza nowy wątek, w którym dziewczyna, która nie zna innego życia, niż to zakonne, zastanawia się, ile straciła i czy jest szansa, że jeszcze kiedyś zasmakuje wolności. Bardzo pomaga jej w tym Deloris - moim zdaniem, to naprawdę piękne rozwinięcie przyjaźni tych dwóch kobiet i sprawia, że historia ma zupełnie inny wydźwięk.

Kreacje innych zakonnic


    Choć charaktery zakonnic ze sceny są zbliżone do ich filmowych pierwowzorów, zauważyłam, że libretto musicalu szczególnie wyróżnia tylko Matkę Przełożoną oraz Marię Robert. Pozostałe zakonnice otrzymują znacznie mniej uwagi, a jeśli już, ich charaktery są uproszczone do jednej głównej cechy, i to na aktorkach i reżyserze leży obowiązek, aby wydobyć z nich życie. Szczególnie źle potraktowana przez libretto wydaje mi się Maria Patryk. W filmie otrzymała ona znacznie więcej uwagi i nie była tylko "tą zakonnicą przy tuszy"; to była wspaniała i radosna postać, której wygląd jedynie dodawał jej ciepłego wyglądu. Z kolei w musicalu Maria Patryk jest siostrą-łakomczuszką, której miły charakter zepchnięto na drugi plan. I pomimo, że Marta Tadla, która kreuję Marię Patryk w Chorzowie, wyciągnęła ze swojej postaci tyle dobroci i słodyczy, ile tylko można z tej postaci wyciągnąć, jestem niepocieszona, że moja ulubiona siostra z filmu została przez librecistę trochę wepchnięta w szereg.
    Z drugiej strony, całkiem ciekawe oblicze wyłoniło się z niewidocznej dotąd Marii Łazarz: stała się ona najbardziej pechową zakonnicą w historii, a do klasztoru wstąpiła, aby uniknąć tragicznego losu całej swojej rodziny. Pomimo surowości, jaką pokazała na pierwszej próbie z Deloris, libretto (oraz niezastąpiona Anna Ratajczyk) wydobyło z niej mnóstwo ciepła oraz gościnności, których nie było widać w filmie. 
    Siostrą, która dostała małą, ale bardzo odświeżającą rolę, jest Maria Marcin z Tour. W zasadzie nawet nie przypominam sobie, by jej imię padło w filmie, jednak w musicalu stała się ona prawdziwą perłą. Żyjąca w swoim świecie, była głosem serca całego zakonu, a w chwili zagrożenia potrafiła zachować zimną krew, a nawet wykazać się ogromnym sprytem.

Rozwiązanie konfliktu


    Tutaj zarówno w filmie, jak i w musicalu, wszystko kończy się tak samo: zły kochanek zostaje aresztowany, a Deloris, nareszcie wolna i bezpieczna, postanawia towarzyszyć swoim siostrom w występie przed papieżem. Ale, oczywiście, do tego szczęśliwego finału prowadzą dwie, bardzo kręte i zupełnie różne drogi.
    W obu przypadkach Deloris zostaje zdemaskowana, a sługusy jej kochanka wyruszają po nią do klasztoru. Jednak w filmie kobieta zostaje porwana, i to razem z Marią Robert. Młodej zakonnicy udaje się uciec i dzięki temu Eddie Sauther oraz cały zakon mogą ruszyć na pomoc: cały zakon ładuje się do prywatnego śmigłowca i leci do sąsiedniego stanu, aby tam, w kasynie Vince'a, szukać Deloris. Tam też natrafiają na Curtisa, który grozi Deloris pistoletem.
    Libretto musicalu nie przewiduje wędrowania po ulicach Filadelfii: tutaj pomocnicy Curtisa przebierają się w habity i wkradają do klasztoru, gdzie rozpoczynają pościg za przerażonymi zakonnicami. W finale pościgu znikąd pojawia się Curtis i bierze jako zakładniczkę Marię Robert. Gdy Deloris wychodzi z ukrycia, aby ratować przyjaciółkę, wszystkie zakonnice stają przy niej murem. Curtis, choć nie tak bogobojny, jak Vince, jest zaskoczony zachowaniem kobiet, i to opóźnia jego reakcję. 
    Sytuację w obu przypadkach ratuje Eddie, który postrzela kochanka-mordercę, a następnie go aresztuje.
    W mojej ocenie finał filmu jest znacznie bardziej brawurowy i komediowy, niż musical, jednak to w musicalu nagromadzone jest o wiele więcej emocji. Jest pokazane wzajemne wsparcie sióstr, przemiana Deloris, jest też mnóstwo refleksji nad przyjaźnią oraz bliskością z drugim człowiekiem. Musical pozostawia poczucie, że Deloris, osoba bardzo do tej pory samotna, zdobyła nową, kochającą i wspierającą ją rodzinę. Jak na komedię, jest to niezwykle wzruszający moment, przy którym na obu moich wizytach w Rozrywce musiałam ocierać łzy. 


PODSUMOWANIE


Kiedy wiem, że jakiś musical posiada swój pierwowzór w literaturze, filmie, czy gdziekolwiek indziej, zawsze mam ogromną potrzebę sięgnięcia głębiej. Nie po to, by wybierać, co jest lepsze - nie wierzę, że można ocenić je na jednoznacznie lepsze lub gorsze - ale po to, by wyciągnąć z poznanej musicalowo historii wszystko, co tylko się da. Z ciekawości, albo też z chęci głębszego poznania psychologii postaci. W przypadku "Zakonnicy w przebraniu" czuję, że bardzo ciekawie jest wiedzieć, że Curtis czasem nazywa się Vince, że Maria Robert naprawdę mogła mieć powołanie, a akcja dzieje się równocześnie na dwóch wybrzeżach Stanów Zjednoczonych. Czuję również, że bardziej rozumiem niechęć Deloris do klasztoru, a postać Eddiego Sauthera wywołuje jeszcze większy uśmiech na mojej twarzy. Trochę zabrakło mi w filmie Hiszpana Pablo, a w musicalu Marii Patryk, która jest żywą endorfiną, a nie zakonnym łasuchem. Jednocześnie czuję, że ani trochę nie robi mi różnicy, czy Deloris była ciemnoskóra, albo, czy Matka Przełożona jeździła na wózku. Czuję, że spędziłam kolejne godziny ze wspaniałym musicalem i że jest mi on jeszcze bliższy, niż wcześniej. Wciąż mam przed sobą odkrywanie kolejnych perełek playlisty i zapamiętywanie nowych gagów. Moja przygoda z "Zakonnicą w przebraniu" jest w pełnym rozkwicie... a gdy za jakiś czas się skończy, ustępując miejsca kolejnemu wspaniałemu dziełu, pozostawi po sobie mnóstwo pięknych wspomnień.

Popularne posty