niedziela, 25 lutego 2018

Moja Gryfno Dama: śląska autoironia, czy nieudana próba musicalowa? [RECENZJA]



Opera Śląska w Bytomiu
MY FAIR LADY

reż. Robert Talarczyk
19.02.2018, godz. 19:00



   "My Fair Lady" to niestarzejący się klasyk musicalowy z przepiękną muzyką Fredericka Loewego, powstały na kanwie dramatu "Pigmalion" autorstwa George'a Bernarda Shawa. Jego polska prapremiera odbyła się w 1964 roku w Operetce Poznańskiej. W zasadzie aż do dnia dzisiejszego widać ogromne zainteresowanie tym tytułem przede wszystkim w instytucjach stawiających na klasyczną formę teatru muzycznego. Nie jest to reguła, ponieważ wśród 26 udokumentowanych przez portal e-Teatr premier, znalazło się kilka, które skupiają wokół siebie przede wszystkim twórców musicalowych (wystarczy wspomnieć, że Maciej Korwin wyreżyserował aż trzy inscenizacje: w Gdyni, w Bydgoszczy oraz w Łodzi), jednak tendencja do postrzegania "My Fair Lady" jako nowoczesnej operetki pojawia się często. I można to łatwo uzasadnić, bo choć warstwa fabularna jest bardzo złożona, a postacie mają ogromne pole do zaprezentowania się, to jednak utwory muzyczne doskonale brzmią, śpiewane techniką operową. Wydawać by się mogło, że czyni to z owego tytułu dzieło uniwersalne, które wypada dobrze zarówno w konwencji musicalowej, jak i operetkowej. Okazuje się jednak, że ta płynna granica nie tylko nie ułatwia procesu powstawania inscenizacji, ale dodatkowo ją utrudnia, ponieważ stawia pytanie: które elementy można potraktować klasycznie, a które musicalowo, aby stworzyć spójną i piękną całość?

   Spektakl multi-kulti
   Bytomska realizacja - z racji, iż została stworzona w Operze Śląskiej - pozwalała domyślić się, iż na scenie prawdopodobnie rządzić będzie klasyka. Jednak po podniesieniu kurtyny zapewne niejeden miłośnik musicalu przetarł oczy ze zdumienia: choć akcja libretta dzieje się w XIX wieku, scena ozdobiona była m.in. plakatem Rolling Stonesów, podobizną Królowej Elżbiety II, czy - w mieszkaniu profesora Higginsa - kanapą w kształcie londyńskiej budki telefonicznej. Być może mogłoby się to sprawdzić jako żartobliwe odniesienie do kultury angielskiej... gdyby tylko ten "żart" faktycznie działał. Poza tymi dziwnymi elementami wystroju (oraz drobnym akcentem w postaci współczesnych brytyjskich artystek popkultury) absolutnie nic nie podkreślało angielskości prezentowanego widzom świata. Trudno zatem powiedzieć, w jakim miejscu i czasie toczy się akcja spektaklu - czy nadal jest to XIX wiek, czy może lata 70-te? I czy to nadal jest Londyn, czy może jednak Bytom? A jeśli Londyn, to dlaczego pijaczki i uliczne kwiaciarki posługują się gwarą śląską?
   
   "Moja Gryfno Dama" - pochlebstwo czy policzek?
   Posłużenie się w spektaklu gwarą zapewne miało być ukłonem w stronę kultury Górnego Śląska, jednak mnie to nie przekonuje. Gdyby spojrzeć prostolinijnie i po prostu docenić, że kolejne wielkie dzieło sceniczne sięga po ten ukochany przez wielu język, wówczas spektakl może dostarczyć mnóstwa radości. Jednak w kontekście całej historii gwara śląska zostaje użyta jako mowa "londyńskiego plebsu" i jest tym, co trzyma na dnie Elizę (nikt nie przyjmie jej do wymarzonej pracy, dopóki nie będzie "gryfnie godała"). Ta rola języka nie zmienia się aż do ostatniej sceny, dlatego triumf czystej polszczyzny jest tu bezsprzeczny. Budzi to pytanie, czy naprawdę walka o wyciągnięcie gwary śląskiej spod strzech powinna odbywać się w taki, jakby nie patrzeć, uwłaczający sposób? 
   Jest jeszcze jedna kwestia: pomimo, że gwara śląska oficjalnie nie spełnia wymogów, by stać się odrębnym, urzędowym językiem, to jednak jej struktura jest na tyle skomplikowana, że osoby przyjezdne mogą mieć duży problem ze zrozumieniem treści spektaklu. 

   Artyści
   Jeżeli chodzi o warstwę aktorską, w przypadku bytomskiej realizacji bardzo wyraźnie rzuca się w oczy... jej brak. Artyści rzadko wybierają działanie, dla którego scenariusz jest tylko pretekstem, najczęściej po prostu mówią swoje kwestie, komentując je wyszukaną mimiką oraz gestami rąk. W większości przypadków bardzo łatwo można też wyczuć w głosie kłamstwo, a w ciele przymus niepodparty żadną intencją. Jedynym wyjątkiem jest Artur Święs, którego wykształcenie aktorskie pozwala na wydobycie z postaci czegoś więcej - jednak wydawać by się mogło, że brak zwartej akcji oraz wyuczone na pamięć reakcje i emocje kolegów nie pozwalają mu rozwinąć skrzydeł. W efekcie warstwa aktorska stała się najsłabszym elementem musicalu i spowodowała, że wieczór, który miał być miły, stał się dla mnie wyjątkowo przykry. Tym bardziej, że naturalne predyspozycje większości artystów, przede wszystkim grającej główną rolę kobiecą Anny Noworzyn, były bardzo obiecujące: bytomska Eliza jest zarówno z wyglądu, jak i z zachowania rasową kotką, która chadza własnymi drogami, ma swoje humorki, ale potrafi być śliczna i milutka. Gdyby tylko podeprzeć to gruntowną techniką aktorską, mogłaby powstać fenomenalna i niezapomniana kreacja.

   Nowe tłumaczenie
   Chyba warto wspomnieć też o tym, że postanowiono zrezygnować z kultowych tekstów Antoniego Marianowicza na rzecz nowego tłumaczenia stworzonego przez Tomasza Domagałę. Jest to decyzja, na którą wpłynąć mogło wiele czynników, od nowych potrzeb realizatorów po koszty związane z prawami do użytkowania, dlatego naprawdę trudno ocenić to w kategoriach dobrze-źle. Tekst spełnia nie najgorzej swoją rolę, choć mierzenie się z legendą jednego z pierwszych polskich badaczy musicalu to temat na osobną i na pewno bardzo długą dyskusję.
   Zastanawiające jest tylko to, że skoro już postanowiono wykorzystać śląską mowę do stworzenia grupy londyńskiego plebsu, można było pomyśleć o napisaniu tekstów do utworów takich, jak "Muszę się żenić" czy "Jak to fajnie byłoby", również posługując się gwarą. Byłby to naprawdę uroczy akcent, a utwory miałyby szansę na własne życie w kulturze śląskiej... Jednak, niestety, o tym również nie pomyślano. 

   Podsumowanie
   Choć wiele pomysłów śląskiej inscenizacji "My Fair Lady" miało szansę się wybronić, to jednak musical ten pięć lat po swojej premierze prezentuje się bardzo mizernie. Nie ulega wątpliwości, że może on zarówno bawić i wzruszać, jednak jest to przede wszystkim zasługa libretta oraz muzyki, które w swojej wyjątkowości i ponadczasowości obronią się zawsze. Jednak tym bardziej zasługują na wspaniałą oprawę, na dbałość o szczegóły, również na żarty - ale wplecione ze smakiem i uzasadnione całością... A inscenizacja bytomska, niestety, nie daje nam możliwości pełnego cieszenia się wielkim, musicalowym przebojem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty