piątek, 27 marca 2020

Nikt nie nauczył mnie kochać teatru. #mójdzieńteatru

Ten cały teatr pojawił się w moim życiu dość niespodziewanie. Wyobraźcie sobie siedemnastoletnią dziewczynę z małego miasteczka nad Bugiem, która zapisuje się na szkolną wycieczkę do Lublina - i to wyłącznie ze względów towarzysko-turystycznych, a nie dlatego, że w programie znajduje się wyjście do teatru. Co to, to nie. Teatr, jak uparcie przekonywano mnie praktycznie od urodzenia, jest czymś śmiertelnie nudnym. Bo niezrozumiałym. 
   Obecnie, jeśli zdarzy mi się wybrać na typowe szkolne przedstawienie, trochę rozumiem, skąd wzięło się takie przekonanie. Spektakle młodzieżowe to chyba najbardziej niewdzięczny rodzaj teatru, jaki można sobie wyobrazić. Nigdy nie zrozumiem nauczycieli, którzy uparcie wciskają swoim uczniom teatr, który składa się tylko z adaptacji lektur, ewentualnie czegoś, co w swojej idei jest czymś wychowawczo-pouczającym. I, co gorsza, takie przedstawienia, ze specjalną dedykacją "dla szkół" (i mam tu na myśli młodzież, ponieważ spektakle dziecięce wydają się fajnie spełniać swoją rolę rozrywkowo-edukacyjną) wciąż powstają i wciąż przyczyniają się do złej sławy teatru w naszym społeczeństwie. 
   Kiedyś do teatru, w którym pracowałam przy obsłudze widowni, przyjechała gościnnie inscenizacja "Dziadów". Na widowni zasiadła młodzież na oko między dwunastym a piętnastym rokiem życia, a scena, pomimo bardzo skromnej scenografii, pękała w szwach - od metafor, mieszanek konwencji, lawirowania między dziewiętnastym wiekiem a współczesnością i generalnie tego wszystkiego, czym współcześni reżyserzy starają się wzbogacić dzieło Mickiewicza, aby pokazać coś, czego jeszcze nikt nigdy nie widział. 
   Szukanie nowych rozwiązań w teatrze jest dobre i potrzebne. Ale tylko dla koneserów. 
   Dla tych biednych dzieciaków był to bilet w jedną stronę do świata, w którym teatr jest postrzegany jako rzecz nudna i niezrozumiała.
   Do świata, w którym teatr NIE JEST ROZRYWKĄ.
   Ale wróćmy do siedemnastoletniej mnie. Tej mnie, która teatr oglądała tylko w podręcznikach do historii (i to głównie w kontekście starożytnej Grecji) i nagle postawiła swoją stopę w Teatrze Osterwy w Lublinie.
   Do dziś pamiętam moje święte przekonanie, że każde drzwi znajdujące się naprzeciwko wejścia i zasłonięte kurtyną, prowadzą do innej sali, a w każdej z tych sal odbywa się inne przedstawienie. No bo w końcu teatr to takie trochę kino, więc wszystko jest tak, jak w kinie, tylko na żywo. Bez efektów specjalnych i z mnóstwem prowizorycznych przestrzeni udających salony, lasy, pola bitwy... No i oczywiście nikt tam nie sprzedaje popcornu. A foyer (przepraszam, hol główny - wtedy jeszcze nie znałam słowa "foyer") wygląda jak z albumu architektury klasycystycznej. 
   Czułam się tam, jakby nie patrzeć, dziwnie i obco. Czułam, że jest to miejsce, które bardzo wymusza elegancję, której ja, małomiasteczkowa dziewczyna, która spędziła dzieciństwo, łapiąc świerszcze do słoików i robiąc kulki z błota, nie miałam i nigdy mieć nie będę. Myśląc o zwykłych bywalcach tego miejsca, widziałam eleganckich, często starszych ludzi o ponurych minach, którzy są ważnymi profesorami i patrzą na wszystkich z góry. I widziałam siebie, szarą myszkę, która w takim miejscu spaliłaby się ze wstydu od samego spojrzenia tych ważnych ludzi, którzy żyją tylko po to, bym ja mogła czuć się gorsza.
   Tym właśnie był dla mnie teatr przez dwie trzecie mojego życia. Wtedy, po moim pierwszym w życiu spektaklu - "Dożywociu" Aleksandra Fredry, zmieniło się za mało, żebym mogła to traktować jak faktyczne przełomowe wydarzenie. Z całego spektaklu pamiętam tylko trzy rzeczy - ale były to rzeczy w tamtym czasie dla mnie bardzo przełomowe. Choćby to, z jak ogromną energią aktorzy poruszają się po scenie, czy to, że w niesamowity sposób sobie ufają - do dziś mam przed oczami scenę, w której jeden mężczyzna spaceruje po krzesłach, a drugi na bieżąco mu te krzesła podstawia. Przecież jeden błąd i nieszczęście gotowe...
   Na szczęście, jakoś w tamtym czasie zaczęłam się interesować musicalami; w jednym z talent show usłyszałam fragment tytułowego utworu z "Upiora w Operze" i ni stąd, ni zowąd, pojawiła się we mnie ciekawość: tyle razy słyszałam o dwóch musicalowych tytułach - "Upiór w Operze" i "Skrzypek na dachu", a nic w zasadzie o nich nie wiem. Totalnie nic. Wpisałam więc w wyszukiwarkę "upiór w operze"... i znalazłam polską wersję w wykonaniu Edyty Krzemień i Tomasza Steciuka. 
   Ten słynny światowy hit w polskiej wersji językowej?! Oszalałam.
   Potem już poszło szybko. Muzyka, wspaniali artyści tacy, jak Janusz Kruciński, Wiola Białk, Edyta Krzemień, Rafał Drozd, Jakub Szydłowski... a potem wyjazdy do teatrów. Nie dla samego bycia w teatrze, które samo w sobie urosło do jakiejś dziwnej rangi w naszej mentalności. Poszłam do teatru po piękno, którego wcześniej nikt mi w nim nie pokazał. Poszłam po spotkanie z idolami, którzy nagle okazali się być znacznie bliżsi, niż celebryci z pierwszych stron gazet. Poszłam po coś, co nagle przestało być w moich oczach nudną powinnością każdego oczytanego człowieka, a stało się wspaniałą przygodą. Co jeszcze piękniejsze - właśnie w teatrze spotkałam najwspanialszych przyjaciół, jakich kiedykolwiek miałam. Wspólne przeżywanie sztuki, podziwianie artystów, śpiewanie z pamięci całych musicali, wymienianie się anegdotami ze sceny (bo każdy spektakl jest inny i na każdym czekają niespodzianki - nie tylko na widzów, ale i na samych aktorów), kolekcjonowanie gagów i robienie z nich żartów, które rozumiemy tylko my... Oto ten sam teatr, który był dla mnie czymś obcym i niedostępnym przez pierwsze siedemnaście lat mojego życia. Dziś mogę powiedzieć, że wywrócił on mój świat do góry nogami - w tym najbardziej pozytywnym sensie.
   Bywanie w teatrze warto zacząć, po prostu, od zakochania się w nim. Oczywiście, nie każdy gatunek przypadnie do gustu każdemu. Ja pokochałam musicale. Ktoś inny zachwyci się teatrem tańca, a ktoś jeszcze inny - teatrem improwizacji. To właśnie w teatrze jest piękne: że jest totalnie i bezgranicznie różnorodny. We wszystkim, co robi, dąży do piękna - choć w każdej sztuce to piękno może być inaczej rozumiane i obecne w innej części składowej: w ludzkim ciele, w przekazie, w grze świateł, w głęboko psychologicznych kreacjach, w milionie barw i wspaniałej energii... Chciałabym, naprawdę bardzo bym chciała, aby szkolna młodzież miała szansę poznać przynajmniej podstawowe oblicza teatru. Żeby ktoś zadbał raczej o to, by te osoby, których kiedyś nikt nie będzie przyprowadzał w to miejsce za rękę, mogły przekonać się, że tu również czeka ich wspaniała przygoda. I żeby miały świadomość, że teatr to nie jest takie droższe kino. 
   Chciałabym, by rodzice i nauczyciele uczyli młodzież kochać teatr. I by nie robili z tego wspaniałego miejsca kolejnego nudnego siedliska lektur.